Rozważania o nauce, wiedzy i dydaktyce

Leszczyński Notatnik Akademicki, pismo PWSZ w Lesznie, nr. 32, 2009 [2009-06-02]

Prof. Jerzy Buzek dzieli się swoimi doświadczeniami z czytelnikami "Leszczyczyńskiego Notatnika Akademickiego"

Systematycznie, na naszych oczach, zachodzą gruntowne przemiany życia w Europie. Zmieniają się i utrwalają nowe powiązania polityczne, które wyznaczają zupełnie nowe i na nowych warunkach kształtowane linie powiązań gospodarczych. Tworzy się równocześnie nowa sieć spinająca narody, państwa i regiony na płaszczyźnie kultury. Wejście Polski do Unii Europejskiej zadecydowało o włączeniu się naszego kraju do tego wartkiego nurtu postępu. Niezwykle ważnym, ze względu na perspektywiczne cele, jest uczestnictwo w integracji obejmujące kluczową dla postępu dziedzinę edukacji na poziomie wyższym. Przyjęto bowiem takie rozwiązania, które pozwalają na stosowanie w poszczególnych państwach ukształtowanych przez tradycję i praktykę oświatową form organizacyjnych w szkolnictwie podstawowym i średnim. Unifikacja obejmuje dopiero szkolnictwo wyższe dokonujące się na trzech stopniach.

W tym miejscu dochodzimy do istoty przemian w obszarze edukacji. Przemiany te są konieczne, ponieważ warunkują możliwość pełnego uczestnictwa społeczeństw Zjednoczonej Europy w postulowanej, ale też realizowanej swobodzie przepływu osób, towarów, kapitału a nade wszystko idei. W tym zakresie bardzo ważnym czynnikiem jest realizacja postanowień deklaracji podpisanej w Bolonii dokładnie przed dziesięcioma laty, w roku 1999.

Deklaracja ta projektuje tworzenie w całej Europie harmonijnego systemu szkolnictwa wyższego opartego na trzech cyklach kształcenia. Otwierają je co najmniej trzyletnie studia I stopnia kończące się dyplomem licencjata lub inżyniera – niezwykle ważne, bo dające fundament pod cały gmach wiedzy, nauki i umiejętności formowany przez każdego z nas. Kolejnym etapem są studia II stopnia (w Polsce) kończące się uzyskaniem tytułu magistra lub magistra inżyniera. Studia III stopnia wreszcie pozwalają uzyskać stopień naukowy doktora. Realizacji tych założeń służy wprowadzenie punktacji ECTS, zabezpieczenie jakości kształcenia, preferencje dla mobilności nauczycieli akademickich i studentów oraz upowszechnienia permanentnego kształcenia się przez całe życie.

Proces Boloński został pomyślany w Europie jako tworzenie wspólnej przestrzeni szkolnictwa wyższego. Chodzi o to, byśmy mogli łatwiej poruszać się z kraju do kraju, z ośrodka naukowego do ośrodka naukowego. Szczególnie zaś chodzi o studentów, aby dać im możliwość na przykład zmiany uczelni w środku studiów na jeden, czy dwa semestry i powrót na swoją macierzystą uczelnię. Najważniejsze kierunki studiów muszą być ujednolicone na tyle, abyśmy zdobywając punkty ECTS mieli pewność, że nasi absolwenci na danych kierunkach studiów mają porównywalne wykształcenie, mogą zmieniać uczelnie i być w przyszłości zatrudniani we wszystkich krajach Unii Europejskiej, które stosują się do tych reguł na takich samych zasadach, i to zatrudniani jak w swoim ojczystym kraju. To jest wyraźny postęp w porównaniu z tym, co było jeszcze 30 czy 40 lat temu.

Mamy dzisiaj także wspólną przestrzeń badawczą i wspólną przestrzeń innowacyjną Unii Europejskiej. Kształtują ją europejskie Programy Ramowe służące prowadzeniu badań, opracowywaniu nowych technologii, a także wymianie kadr naukowych. Zadaniem tych Programów jest wspieranie rozwoju gospodarczego i społecznego poprzez międzynarodową współpracę naukową i innowacyjną gospodarkę. Ich ostatecznym celem jest wspieranie konkurencyjności krajów Unii Europejskiej, co ma olbrzymi wpływ na tworzenie miejsc pracy i na podnoszenie jakości życia w zintegrowanej Europie.

Nie było dotąd jednak wspólnej przestrzeni edukacyjnej, tak potrzebnej Europie jako całości i indywidualnie każdemu Europejczykowi. Niedostatki w tym zakresie przełamuje realizacja Deklaracji Bolońskiej z 1999 roku. To jest bardzo ważny proces i dobrze, że Polska się w ten proces włączyła. Gdyby tak nie było, nie moglibyśmy uczestniczyć dzisiaj w tym wielkim europejskim wyścigu w zdobywaniu wiedzy.

Tak naprawdę największym bogactwem każdego kraju jest to, ile potrafią, ile umieją, ile się nauczyli jego obywatele. Nie przypadkowo Finowie są uważani za najbardziej innowacyjny naród europejski, ale także za najszczęśliwszy, co wykazują badania. Finowie uczą się przez całe życie, 55% Finów uczy się jeszcze w wieku 80– 90 lat. To jest niezwykłe zjawisko na kontynencie europejskim. Dobrze, że Polska uczestniczy w tym wyścigu edukacyjnym, że wzoruje się na najlepszych.

W Procesie Bolońskim uczestniczą szkoły typu waszej szkoły, Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Lesznie, uczestniczą w nim także szkoły prywatne. Studenci zaczynają przyglądać się wchodząc do danej uczelni, czy działa ona zgodnie z europejskimi zasadami. W tej refleksji ludzi idących na studia chodzi o uzyskanie odpowiedzi, czy uczelnia jest na poziomie europejskim, czy ma europejski sposób nauczania, czy ma europejskie kierunki studiów, czy ma wreszcie wymagania na poziomie europejskim.

Wszystkim młodym ludziom podejmującym studia chodzi o to, żeby zaistniało w Polsce to co już wytworzyło się w Europie, a na pewno już istnieje w Stanach Zjednoczonych – rynek wyższych uczelni. Jeśli ktoś kończy w Stanach Zjednoczonych najlepszą uczelnię typu Harvard w zakresie humanistyki, czy MIT [Massachusetts Institute of Technology] – mieszczą się te uczelnie zaraz obok siebie w Bostonie w stanie Massachusetts – to wiadomo, że jest w najlepszy możliwy sposób przygotowany do zawodu, także do zachowań i działań menedżerskich. Oznacza to także, że będzie się umiał znaleźć w życiu, że w przyszłości będzie potrafił wybić się w swojej pracy zawodowej. I takich uczelni o wysokim standardzie jest w USA kilkanaście. Potem jest kilkadziesiąt, może sto kilkadziesiąt takich uczelni, które mają standard bardzo dobry, potem są uczelnie w standardzie średnim. Wreszcie są też takie, które nie są cenione, a ich dyplom nie jest wiele wart. Zatem lepiej jest skończyć jakąś szkołę średnią na wysokim poziomie, która przygotowuje do zawodu, czy daje wykształcenie kierunkowe, niż taką słabą, nieliczącą się wyższą uczelnię; o tym ludzie wiedzą i dlatego do najlepszych są kolejki kandydatów, a najsłabsze nie mają chętnych.

Zróżnicowana jest też cena studiowania, bo w wielu miejscach trzeba za studia płacić. Chcę tutaj zwrócić uwagę, że studentów i w ogóle osób studiujących nie pozostawia się samym sobie i we wszystkich krajach w Europie, które wchodzą w Proces Boloński, są stypendia, są specjalne programy wsparcia dla studentów. Dostęp do nich mają ci, którzy pochodzą z biedniejszych rodzin. Prawda bowiem jest taka, że żadne nowoczesne państwo europejskie nie może sobie pozwolić, by tracić najlepsze talenty. Naszym ludzkim i patriotycznym obowiązkiem jest wyszukanie ich, wyłowienie i pomaganie w miarę możliwości.

Jest jeszcze jeden aspekt, którego pominąć się nie da: najlepsze uczelnie – to najbardziej wymagające uczelnie. Nie wszyscy chcą się zdecydować na to, by poddać się dobrowolnie ostrej konkurencji i bardzo wysokim wymaganiom. Wielu młodych ludzi mówi – ja idę studiować tam i tam, bo tam są małe wymagania, bo tam jest łatwo, „tam jest luz”, to znaczy na zajęciach przebywają kilkanaście godzin tygodniowo, a reszta …to zabawa. Cenię nieporównanie więcej, tych, którzy mówią – będę się bawił, ale będę też ciężko pracował. Tylko wtedy zabawa ma sens, kiedy następuje po ciężkiej, nawet kilkunastogodzinnej pracy, wtedy naprawdę czuje się potrzebę rozrywki, oderwania się.

Jeszcze nie ma u nas konkurencji między uczelniami. Nie ma między nimi wyraźnego zróżnicowania zrodzonego na gruncie walki o prymat. Konkurencji między uczelniami nie widać wyraźnie, bo pracodawcy po latach nie sprawdzają, kto wydał dyplom ich najlepszym pracownikom. Wysoko cenione dyplomy najlepszych i najwybitniejszych pracowników nie układają się jeszcze w wyraźny obraz czołówki polskich uczelni.

Dobra uczelnia nie musi być uczelnią wielką. To może być mała uczelnia. To może być także taka uczelnia, która nazywa się „wyższa szkoła zawodowa”, jeśli ma wielką renomę wśród innych uczelni przyjmujących jej absolwentów na II czy III stopień kształcenia, lub jeśli ma wielką renomę u największych i najlepszych pracodawców. O jakości takich uczelni jak „Wyższa Szkoła Zawodowa w Lesznie” świadczy w Polsce parę tysięcy absolwentów, którzy w większości dobrze się sprawdzili. Taka uczelnia wygrywa konkurencję. Na taką uczelnię warto pójść, tę uczelnię warto ukończyć.

W Polsce taka czołówka szkół wyższych jeszcze się nie wykrystalizowała. To jest proces, który wymaga dłuższego czasu. Na wyniki trzeba poczekać może jedno całe pokolenie. W tym wyścigu współzawodnicy dopiero wyszli z bloków startowych i nic jeszcze nie jest przesądzone. To jest także szansa dla całkiem młodych uczelni – ale zwyciężyć w tym wyścigu nie będzie łatwo. Kiedyś jednak doczekamy się finiszu i podziwiać będziemy zwycięzców.
Warto podkreślić, że dzisiaj nie liczy się tylko wiedza, ale również umiejętność jej wykorzystania. Czasem tę umiejętność jest ważniejsza od samej wiedzy. Wspomniane wcześniej najlepsze uczelnie takiej umiejętności właśnie uczą.

Szukać trzeba odpowiedzi na pytanie: jak wykorzystać tę ogromną wiedzę, do której dziś mamy dostęp? – To jest zadanie najlepszych uczelni i tych, którzy przyjmując nowych pracowników, weryfikują w ten sposób ich wiedzę.

Pojawia się w tym miejscu ponownie problem tych, którzy wybrali „łatwe” kierunki studiów. Często w pięć czy dziesięć lat po ukończeniu studiów nie sprawdzają się, nie awansują, przegrywają konkurencję z tymi, którzy zdobyli się na to żeby popracować, którzy zdobyli się na wysiłek i wytężoną pracę w ciągu pięciu lat studiów.

Na każdym kierunku studiów obok kierunkowych jest wiele dodatkowych zajęć. A potem w życiu się okazuje, że dwa albo trzy razy musimy zmienić zawód. Te dodatkowe zajęcia otwierają nam nowe ścieżki, nowe możliwości działania. Z tego powodu warto zachęcić wszystkich studiujących, by nie szli po linii najmniejszego oporu.

Apeluję do wszystkich: otwierajcie przed sobą nowe możliwości! Wierzę w to głęboko – znam to uczucie z własnego doświadczenia – że większość młodych przeżywa w szkole średniej, także na studiach, takie fantastyczne doznanie: oto już coś wiem, czegoś się nauczyłem! To jest przyjemne doznanie, kiedy się dostrzega uznanie nie tylko egzaminatora, nie tylko profesora, nie tylko nauczyciela w szkole, ale również koleżanek, kolegów i innych osób z otoczenia, którzy przysłuchują się naszym odpowiedziom na pytania i są nimi usatysfakcjonowane. Wtedy już nieważne jest, czy odpowiadam na ocenę i jaki stopień otrzymam. Przyjemność zawiera się w samym fakcie udzielenia precyzyjnej odpowiedzi.

Rozważania o nauce, wiedzy, dydaktyce nieuchronnie prowadzą do postawienia odwiecznego pytania o to, czym jest wiedza i czym jest mądrość oraz o wzajemne relacje wiedzy i mądrości. W pewnym ujęciu wiedza jawi się nam jako coś istniejącego zewnętrznie, coś jakby do zagospodarowania. O wiedzy mówi się niekiedy, że się ją „nabywa”. Wiedzę zwykle łączy się z wykształceniem związanym z „procesem dydaktycznym”. W procesie tym obok samej wiedzy student uczy się posługiwania się nią. I tutaj dochodzimy do mądrości, którą można rozumieć jako efekt przyswojenia wiedzy. W uczeniu się idzie dokładnie o to, by człowiek wiedzę zdobył wraz z umiejętnością posługiwania się nią. A mądrość to nic innego, jak umiejętność posługiwania się wiedzą, którą zdobyliśmy. Dobrze jest zachować proporcje między jednym a drugim, przy czym mądrość to nie jest tylko wiedza jaką zdobywamy na studiach czy w szkole średniej. To nie jest tylko wiedza zdobyta w procesie edukacji. To jest także mądrość życiowa. Oba te składniki nakładają się na siebie. Wynika z tego, że mądrzy ludzie muszą mieć również spore doświadczenie pochodzące z własnych przemyśleń i doświadczeń, jak też z obserwacji innych ludzi, bo mądrość zasadza się na wiedzy i praktyce obejmującej całe życie oraz na wiedzy i praktyce pokoleń. Mądrość podpowiada człowiekowi na szereg kluczowych pytań szczególnie wtedy, kiedy człowiek staje wobec sytuacji trudnych lub konieczności wyboru – w jaki sposób mamy się zachować w różnych sytuacjach, jak wykorzystać szansę, jak uniknąć niepowodzeń, w jaki sposób żyć z ludźmi, jak się z nimi kontaktować i kogo unikać, jak być akceptowanym, a w jakich warunkach akceptacja dla mnie i dla tego co robię, jest niemożliwa. Jak przekonać innych do tego, co sami wiemy i do tego, w co głęboko wierzymy. Mądry, to czasem znaczy innowacyjny, nietypowy – kiedy indziej oparty o tradycję i własne doświadczenie, bo już kilka razy nam się to zdarzyło i możemy coś zrobić w podobny sposób.

Wiedza nigdy nie przychodzi „z nikąd”, podobnie jak mądrość nie może zaistnieć poza człowiekiem. Najlepiej aby i wiedza, i fundamenty mądrości pochodziły z dobrego źródła. W normalnych sytuacjach takim źródłem jest, albo powinien być, nauczyciel, mistrz.

Nieprzypadkowo w tej parze: nauczyciel–uczeń na pierwszym miejscu wymienia się nauczyciela, bo on jest źródłem, od niego do ucznia płynie wiedza. W procesie dydaktycznym spełnia on więc rolę szczególną i od niego oczekujemy szczególnych predyspozycji i umiejętności. Gdy te dwa czynniki występują w stopniu najwyższym, o takim nauczycielu mówimy, że jest mistrzem. Mistrza wykreowało jeszcze średniowiecze, okres kiedy w Europie powstawały uniwersytety. W Polsce formalnie nazywany był też „magistrem”. Współczesne rozumienie słowa „mistrz” wskazuje na prezentowanie najwyższych umiejętności w jakiejś dziedzinie i praktykowanie najwyżej społecznie cenionych i uznawanych wartości etycznych. Na szczęście dla nas, którzy kiedyś byliśmy albo obecnie jesteśmy uczniami, takie połączenie najwyższych umiejętności zawodowych i równie wysokiego poziomu moralnego wcale nie należy do rzadkości.

Zaciera się jednak obecnie ta klasyczna, od wieków znana, relacja mistrz–uczeń. Kiedyś ilość studentów była niewielka, a ilość mistrzów – prawdopodobnie – taka sama jak dzisiaj. I wtedy, rzeczywiście były to relacje szczególne, bo takimi mogły być. Dzisiaj taki układ też jest możliwy, ale raczej wśród doktorantów lub wśród doktorów, którzy pracują nad habilitacją a naukowcami tej samej dziedziny lub dyscypliny naukowej, o jedno pokolenie starszymi. Natomiast w codziennych sytuacjach współczesnych uczelni mamy do czynienia z ogromną ilością studentów i z ogromną ilością pracowników naukowych, wykładowców – w takich warunkach taka relacja jest niemożliwa. Tworzą się zupełnie inne relacje jakościowe i ilościowe, bo studiowanie stało się powszechne. Żeby móc wrócić do dawnych relacji ilościowych, kiedy w sali było kilkunastu słuchaczy i jeden prowadzący wykład, musielibyśmy mieć 4–5 razy więcej pracowników nauki, wykładowców i kilkakrotnie więcej sal wykładowych. To jest już niemożliwe.

Mimo tego pozostaję w przekonaniu, że indywidualnie taka relacja mistrz–uczeń zdarza się jednak na najlepszych uczelniach, gdzie w sali audytoryjnej na wykładzie siedzi 200 osób i gdzie nikt się nie chce i nie śmie się poruszyć, by nie stracić zdania, czy ciągu myślowego jaki przedstawia profesor. Tam faktycznie powstaje taka relacja. Ona nie jest spersonifikowana, bo profesor nawet nie zna tych kilkuset ludzi, oni są dla niego bezimienni. Sam znam to z własnych doświadczeń.

Z całkiem innymi relacjami mamy do czynienia, kiedy na zajęciach mamy osiem czy dziesięć osób i możemy, w jakiejś części wykładu, do każdej z nich powiedzieć coś interesującego, każdą z nich o coś zapytać, o czymś podyskutować. Przy takim masowym napływie na wyższe uczelnie jaki obecnie obserwujemy, takie relacje mają szansę zaistnieć niezwykle rzadko.

Ta nowa sytuacja w uczelniach ma też ogromne zalety i to takie, jakich dawniej nie było. Istnieje coś takiego jak psychoza tłumu (bez tej, czasem spotykanej, negatywnej konotacji). Jeśli pasjonującego wykładu słucha zgromadzenie 200-osobowe, to jest tam trochę takiej atmosfery jak podczas nabożeństwa w kościele. Uczelniana sala wykładowa – to taka świątynia wiedzy. Powstaje ogromny związek psychiczny z tym człowiekiem, który wykłada. Nastrój olbrzymiej empatii. Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy jest tylko dwunastu słuchaczy.

Każda z tych relacji ma swoje zalety, ma też i słabości. Kiedyś była relacja mistrz–uczeń, teraz jest relacja mistrz–tłum przejętych uczniów. I nie wiem, która z tych relacji jest ważniejsza, skuteczniejsza w zdobywaniu wiedzy.

To, że 50% Polaków chce iść na studia i faktycznie na studia idzie, to jest niezwykłe zjawisko. W tym dążeniu do zdobywania wiedzy nie ma żadnych wad ani słabych stron. Naszą rzeczywistość już budują ludzie z pierwszej fali studentów lat 90. Ten fakt zadecyduje o tym, jak nam się uda następne dwudziestolecie. Poza wszelką dyskusją jest to, że korzystne jest, iż w okresie tego dwudziestolecia studia podejmuje tak wielka ilość ludzi. Mało kto pamięta o tym, że w latach 80. zaledwie 8,5% Polaków kończyło studia, a wcześniej, w latach 70. czy 60. jeszcze mniej. Z największym szacunkiem i z największą estymą myślę przy tym o swoich profesorach, pedagogach, nauczycielach, których spotkałem na studiach, w szkole średniej, czy nawet podstawowej. I do tej refleksji absolutnie nie chcę mieszać systemu politycznego, który wtedy panował. Jedną z istotnych jego słabości była bardzo mała liczba ludzi na studiach. W nowej rzeczywistości okazało się, że ten „dyplom ukończenia wyższej uczelni” stał się dobrem bardzo ważnym i pożądanym.

Kiedy po roku 1990 otworzyliśmy bramy uczelni prywatnych i stworzyliśmy różne inne możliwości kształcenia, okazało się, że ukończenie studiów należy do priorytetowych celów życiowych. Dla wielu było nawet zupełnie obojętne na jakie studia idą – ważne było „załapać się”, gdziekolwiek i na cokolwiek. Na początku tamtego dziesięciolecia, w każdym następnym roku różnice ilościowe w naborze na studia były olbrzymie. Stawiam tezę, że była to wielka, a może nawet największa zdobycz pierwszych lat wolności. Z ośmiu procent ludzi kończących studia w latach 80. – dziesięć lat później zrobiło się czterdzieści parę procent. Co roku przyjmowały dwu- lub nawet trzykrotnie więcej studentów niż w roku poprzednim. Wokół tego problemu koncentrowali się zarówno ci, którzy tworzyli wyższą uczelnie, jak też kandydaci na studia i ich rodziny. Wielu ludzi musiało płacić, wielu wydało niemal wszystkie swoje oszczędności, żeby syn, córka się wykształcili.

Teraz mówimy o potrzebie dobrego wykształcenia. Już nie wystarczy, że 50% młodych Polaków kończy wyższą uczelnię. Oni muszą kończyć dobrą wyższą uczelnię, muszą się wiele nauczyć, bo muszą konkurować, muszą być co najmniej tak wykształceni jak ich rówieśnicy w innych krajach europejskich. Pójście na łatwiznę i wybieranie kierunków studiów, na których można przesiedzieć pięć lat i dostać papier – muszą się skończyć dla dobra samej młodzieży, dla dobra ich rodzin, dla dobra nas wszystkich. Masowe „łatwe” studia – to jest produkcja bezrobotnych z wyższym wykształceniem.

Między innymi dlatego tak mało popularne są kierunki techniczne, nad czym bardzo boleję. Bo ci którzy poszli na kierunki techniczne, wybrali drogę trudną lecz otwierająca wiele możliwości. Na nich czekają już na 3. roku studiów firmy, które chcą ich zatrudnić oferując stypendia fundowane, różne możliwości działania i zarabiania już w czasie studiów.

Obserwując zachowania maturzystów podejmujących decyzje o wyborze kierunku studiów i uczelni utwierdzam się w przekonaniu, że odejście w latach 80. od matury z matematyki było fatalnym błędem w przygotowaniu młodzieży do studiowania. W roku 1999, w ramach reformy edukacji, za podstawowy uważaliśmy postulat przywrócenia matury z matematyki. Nasi następcy, lewicowi następcy, w imię skrajnie populistycznych pociągnięć, wycofali się z obowiązkowej matury z matematyki. Oczywiście wielu 18-latków, którzy matematyki nie lubią, z chęcią zagłosowało w wyborach na lewicę. Podobnie zresztą jak wielu nauczycieli. W ten sposób znów matematyka przegrała z rachunkiem politycznym.

Powtarzam jeszcze raz – to były fatalne w skutkach decyzje dla edukacji i one między innymi dzisiaj przynoszą zainteresowanie naszej młodzieży prawie wyłącznie studiami humanistycznymi, a co najwyżej studiami przyrodniczymi. Nie dezawuuję żadnego kierunku studiów. Studia humanistyczne uważam za bardzo interesujące i bardzo potrzebne. Nigdy bym nikogo nie próbował odciągać, jeśli ma ochotę zająć się historią, chce być polonistą, geografem, archeologiem albo socjologiem. Niemniej jednak uważam, że byłoby dobrze, żeby na maturze zdał podstawowy zakres matematyki. Pewna doza wiedzy z matematyki każdemu w życiu bywa przydatna. Dodatkowym efektem zdawania matematyki na maturze – można się spodziewać, byłoby znacznie więcej kandydatów na studia techniczne. Nieprzypadkowo matematyka nazywana bywa królową nauk i nikt tego nie kwestionuje. Zgadzają się z tym wszyscy, także historycy i literaturoznawcy. Prawdę tę potwierdzają ludzie doświadczeni i mądrzy. Z powodu działań lub zaniechań odnoszących się do nauczania matematyki spowodowanych populistycznymi pociągnięciami dla zysku wyborczego zrobiono nam wielką szkodę. Tak to już jest, że w edukacji skutki dobre lub złe poznajemy po 15 latach, nawet nie po trzech, czy pięciu. Dlatego dopiero teraz obserwujemy skutki tych zaniechań, tego populistycznego sposobu myślenia.