JAK WYJŚĆ Z DOŁKA? rozmowa z prof. Jerzym Buzkiem

Gość Niedzielny [2009-05-03]

O strategicznym planie Polski w Unii Europejskiej, drogach wyjścia z kryzysu i szansach na stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z prof. Jerzym Buzkiem rozmawia Andrzej Grajewski.

Andrzej Grajewski: Jeśli zdobędzie Pan mandat do Brukseli, czy będzie się Pan ubiegał o fotel przewodniczącego Parlamentu Europejskiego?
Prof. Jerzy Buzek: - Trudno mi się wypowiadać, ponieważ wszystko zależy od wyborców. To, kto zostanie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, zależeć będzie przede wszystkim od wyników wyborów krajowych. Zależeć będzie także od wyniku, jaki w Europie osiągnie partia ludowa, czyli europejska chrześcijańska demokracja, gdyż jestem, razem z Platformą Obywatelską, członkiem tego klubu. Dopiero więc po 7 czerwca będzie można o tym poważnie myśleć.

Czy w tej sprawie były już rozmowy w kierownictwie Partii Ludowej?
- Rozmowy były i zgłaszane są różne kandydatury. Zapewne spośród nich zostanie wyłoniony przyszły przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Spośród Polaków tylko Pan jest brany pod uwagę?
- Nie tylko. To, że moje nazwisko pada częściej niż moich kolegów, jest dla mnie wyróżnieniem. Ciężko pracowałem przez ostatnie 5 lat i cieszę się, że zostało to obecnie dostrzeżone. Ale podkreślam, nic nie jest jeszcze przesądzone.

Przy tym wyborze potrzebne jest wsparcie ze strony struktur państwowych? W grze o stanowisko sekretarza generalnego NATO wyszło to kiepsko.
- Taka aktywność jest niezbędna, ale proszę pamiętać, że wybór przewodniczącego Parlamentu Europejskiego odbywa się inaczej aniżeli szefa NATO. To posłowie Parlamentu w suwerennym i tajnym głosowaniu dokonają tego wyboru. Uzgodnienia międzyrządowe są oczywiście potrzebne, ale to krajowe wyniki wyborów i proporcje liczby posłów z różnych partii politycznych w Parlamencie Europejskim ostatecznie zadecydują.

Co jeszcze może nam pomóc?
– Niebagatelną rolę będzie także odgrywała frekwencja przy urnach wyborczych. Niezależnie od tego, na kogo głosujemy, powinniśmy pójść głosować, gdyż od tego będzie zależała siła mandatu całej polskiej ekipy, a więc 50 polskich posłów, którzy zasiądą w Parlamencie. Dlatego zachęcam, bez względu na to, na kogo zagłosujemy: stańmy wszyscy 7 czerwca przy urnach wyborczych. Wspólnie zrobimy więcej.

Z perspektywy Brukseli widoczne są nasze spory i kłótnie?
– Spory i napięcia są w każdym demokratycznym kraju, choć u nas ostatnio jest ich znacznie więcej, aniżeli kiedyś bywało. Ubolewam nad tym, ale jednocześnie mam świadomość, że nie jest to jakaś rzecz nadzwyczajna, która nie mieściłaby się w standardach. Gorzej, jeśli te spory mają miejsce w czasie oficjalnych spotkań na najwyższym szczeblu w Unii. Wtedy jest to bardziej dostrzegane i negatywnie komentowane. Najważniejsze jest jednak, abyśmy mieli jasny plan działania w Unii Europejskiej i potrafili łączyć nasze interesy z interesami pozostałych krajów unijnych i wygrywać w ten sposób nasze racje.

Nie wydaje mi się, aby istniał jakiś nasz strategiczny plan w Unii Europejskiej.
– W PRL sytuacja była prosta. Polakom chodziło o odzyskanie pełnej niezależności i wolności. Później priorytety także były jasne: liczyło się wejście do NATO i Unii Europejskiej. Obecnie w sprawie wyboru priorytetów w Unii każde ugrupowanie polityczne może mieć inną opinię. Osobiście jednak sądzę, że nasze strategiczne cele wyraźnie się krystalizują. Polska chciałaby skierować uwagę całej społeczności europejskiej w kierunku wschodnim, gdyż dla nas są to niezwykle ważni partnerzy. Chcielibyśmy sobie także zapewnić nie tylko bezpieczeństwo militarne, które wynika z członkostwa w NATO, ale również bezpieczeństwo energetyczne. Chcielibyśmy także wiedzieć, jak Unia będzie się dalej rozszerzała i jakie w tym kontekście szanse mają nasi wschodni partnerzy. Gdyby udało się otworzyć szeroko bramy Unii na Ukrainę, o co zabiegamy, ale co jest niezwykle trudne, to również przemiany polityczne w tym kraju byłyby łatwiejsze.

A co w krótszej perspektywie?
– Uzyskać solidne fundusze strukturalne i dofinansowanie polskiego rolnictwa w następnym unijnym budżecie oraz przebudować naszą energetykę, biorąc pod uwagę pakiet klimatyczny. Nad tym wszystkim króluje jedna zasada: modernizacja Polski, dogonienie najlepszych, także poprzez wykorzystywanie ogromnych funduszy Unii na badania, innowacje i nowe technologie.

Bruksela podejmuje decyzje zobowiązujące do solidarności energetycznej, ale poszczególne kraje, np. Niemcy, Włochy, Węgry, czy Bułgaria, dogadują się z Rosją na własną rękę.
– Polska strona bardzo krytyczne oceniała takie niesolidarne działania poszczególnych rządów europejskich. Uważamy, że nie sprzyja to naszemu wspólnemu bezpieczeństwu energetycznemu. Polska aktywnie zabiega o stworzenie wspólnego rynku energii elektrycznej i gazu ziemnego, a przede wszystkim chcemy zbudować niezbędną sieć połączeń transgranicznych, aby w razie czego móc zaopatrywać kraje znajdujące się w potrzebie. Gdy zimą Rosja zakręciła kurki z gazem ziemnym, Słowacja i Bułgaria były zupełnie bezradne. Okazało się, że nie ma możliwości, aby mogły im pomóc inne kraje unijne, które gaz posiadały, gdyż nie ma połączeń między nimi. Musimy je uruchomić, abyśmy czuli się bezpiecznie. To dotyczy nie tylko gazu, ale i energii elektrycznej. W tej chwili, przy bardzo aktywnym udziale polskich parlamentarzystów, przygotowywane są niezbędne akty prawne oraz unijne decyzje inwestycyjne, które po zrealizowaniu znacznie poprawią nasze bezpieczeństwo energetyczne.

Niepokojącym zjawiskiem w Unii jest protekcjonizm.
– Powinniśmy stanowczo przeciwstawiać się takim praktykom. Nie można dopuścić do tego, aby najlepsza firma w strukturze, General Motors – gliwicki Opel, upadła tylko dlatego, że w Niemczech zostaną dofinansowane wszystkie fabryki Opla, a w związku z tym nasza, choć najlepsza, nie będzie konkurencyjna.

Nasze stocznie jednak upadły, choć na Zachodzie udało się je uratować.
– Nie wszystkie zachodnie stocznie się uratowały. Decyzja Komisji Europejskiej w sprawie naszych stoczni była jednak pochopna. Gdy miliardami dolarów wspiera się europejskie banki, wypominanie nam pomocy dla stoczni, którą w minionych latach dostarczyliśmy z budżetu naszego państwa, było czymś niestosownym. Mam jednak także świadomość naszych zaniedbań w tej sprawie. W ostatnim okresie, 3, 4 lat, zrobiliśmy o wiele za mało, aby sprywatyzować i zrestrukturyzować polskie stocznie. Był na to czas i były dobre firmy, które chciały kupić stocznie. Nie oburzajmy się więc dzisiaj tylko na decyzje Komisji Europejskiej, ale spróbujmy dostrzec własne błędy i zaniedbania. Podobny dramat przeżywałoby dzisiaj polskie górnictwo, gdybyśmy przed 10 laty nie przeprowadzili w tym przemyśle głębokich zmian, choć wówczas także one były gwałtownie atakowane z różnych stron.

W debacie o bezpieczeństwie energetycznym niewiele mówi się o węglu, a przecież pojawiały się zupełnie nowe możliwości jego wykorzystania. Unijne projekty mogą nam w tym pomóc?
– Unijne projekty w tym względzie są dla nas ogromną szansą. Technologie, o których mówimy, zgazowania węgla i produkcji gazu syntetycznego, który mógłby w przyszłości zastąpić gaz ziemny sprowadzany z Rosji, czy upłynniania węgla, produkcji paliw płynnych – ropy i benzyny z węgla – mogą zrewolucjonizować nasze myślenie o bilansie energetycznym Polski. Technologie są znane, chociaż ciągle dość drogie. Ale każdy rok przynosi w tym względzie postęp i potanienie produkcji.

Czy gdzieś to już działa?
– W Republice Południowej Afryki, która przez lata była odcięta od dostaw ropy naftowej i gazu ziemnego, takie technologie wdrożono z dobrym skutkiem. Z węgla produkuje się gaz syntetyczny i olej napędowy. Nie ma więc powodu, aby u nas się to nie udało, a projekty unijne mogą nam w tym pomóc.

Jakie, Pana zdaniem, najważniejsze wyzwania stoją obecnie przed Polską?
– Musimy wyjść z gospodarczego dołka, który na szczęście u nas nie jest tak głęboki jak w innych krajach europejskich. A później odpowiedzialnie pomyśleć po pierwsze o konkurencyjności gospodarki. Jedynie nowe technologie, nowe rozwiązania organizacyjne i sposoby zarządzania mogą przynieść sukces naszej gospodarce w skali Europy i świata. Fundamentem takiego rozwoju będzie uzyskanie dostępu do czystej energii, w tym czystej energii z węgla. Po drugie wielkim problemem będzie rozwój demograficzny. Nie można sobie wyobrazić przyszłości Polski za 20 czy 30 lat przy takiej liczbie urodzeń na 1000 mieszkańców, jaką mamy obecnie. Jeśli tego nie zmienimy, grozić to będzie zastojem gospodarczym, problemami z systemem emerytalnym i funkcjonowaniem podstawowych instytucji państwa. To są, moim zdaniem, dwa główne problemy, przed jakimi stoimy.

Można przełamać kryzys demograficzny bez silnej rodziny?
– Wymieniłem najważniejsze problemy, które przed nami stoją, ale nie mówiliśmy szczegółowo o tym, w jaki sposób można je rozwiązać. Nie ulega wątpliwości, że silna rodzina jest fundamentem życia społecznego. Mamy do tego dobry grunt, dobrą bazę i motywację wypływającą z naszej wiary, z chrześcijaństwa. Pod tym względem sytuacja u nas jest lepsza niż w innych krajach europejskich. Cieszmy się z tego, ale pamiętajmy, że tę motywację można łatwo stracić, jeśli nie będziemy o nią sami dbali.